<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="'Matka gubińska'">
<author_1="Helena Domańska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="9">
<date="1951-09-09">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Miałam jedną rodzinę i o niej chcę napisać. Musiałam do nich iść aż 20 km. Jak przyszłam pierwszy raz, to ta kobieta na mnie miotłę złapała i powiedziała, żebym się wyniosła, a jak jeszcze raz przyjdę, to mnie jeszcze lepiej przywita i ani słowa mi nie dała powiedzieć, a jeszcze za mną krzyczała, że tyle lat żyje i miała spokój i rade sobie dawała, a teraz jakieś naukowe wymysły. Trzy razy do nich jeszcze chodziłam. Za drugim razem to nawet o nauce nie mówiłam, tylko widziałam, że ta kobieta coś się źle czuje, to jej w robocie pomogłam, a na drugi dzień ziół na wątrobę jej przyniosłam, ale zioła były zapakowane w pudełko, a na pudełku było napisane jak to trzeba używać. Więc jej mówię: "Widzicie tu macie zioła i tam napisane jak to trzeba brać"'— A ona znowu, że jak będzie brać, kiedy czytać nie umie — no i tak doszło do tego, że znowu o kursach można było rozmawiać. Tak jej tłumaczyłam, aż mi w gardle zaschło raz wreszcie powiedziała, że dobrze, pójdzie na tę naukę, ale jak i jej stary pójdzie. Aż tak się to wszystko skończyło, że na, kurs poszli we troje, co jeszcze brata namówiliśmy. A teraz to dumni tacy, że czytać i pisać mogą i śmieją się jak to na naukę iść nie chcieli. Teraz mamy dużo roboty, bo to lato i w polu pomóc trzeba. Wiec zbieram swoje sąsiadki i członkinie naszego koła i jeździmy pomagać przy żniwach i za stonką jeździmy. Taki niby mały i ładny ten robaczek, a jaki szkodnik. Ile krzywdy narobić może. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
